Podróż do mojej przystani

Dzisiaj nieco w innym tonie, ale chciałabym podzielić się z Wami tym co ostatnio mi się przydarzyło i zabrać na chwilę do mojej przystani.

Siedzę właśnie i przeglądam zdjęcia do postów kiedy kończy się płyta, której słucham. Nastaje cisza… Pies śpi lekko pochrapując a zza uchylonego okna słychać dźwięki toczącego się życia – samochody przejeżdżające drogą nieopodal, psy reagujące na przechodniów, dzieci bawiące się na szkolnym boisku. Zerkam przez okno i widzę jedynie mnóstwo zieleni, która niebawem zamieni się w złoto i czerwień po to aby za chwilę zupełnie zniknąć z tego krajobrazu. Myślę sobie – tutaj właśnie jest mój azyl. Dociera do mnie ten charakterystyczny jesienny chłód, już mam zamknąć okno lecz w tym momencie czuję zapach palonych traw, chyba każdemu kojarzący się z jesienią. Czuję jak moje serce wypełnia się szczęściem, spokojem. Wreszcie za mostkiem zamiast ucisku czuję to cudowne rozpierające uczucie tak trudne do opisania. Chwilo trwaj – proszę w myślach, lecz czuję jak już ode mnie ucieka, jak przemija. W tym momencie słońce przebija się zza chmur, czuję jak delikatnie ogrzewa mi twarz. Zamykam oczy, przestaję mysleć o czymkolwiek, owijam się szczelniej ulubionym swetrem i pozwalam sobie czerpać z tego co jest tu i teraz.

Moja droga do slow life

Zakręt na górskiej drodze.

Gdyby jeszcze rok temu ktoś mi powiedział, że będę wdrażać w moje życie filozofię slow uznałabym go za przybysza z kosmosu, któremu coś się poprzestawiało w głowie. Mój kalendarz był wypełniony po brzegi – praca, treningi, szkoła, dom. Ciągły rozwój, bez przerwy nowe cele zarówno w pracy jak i na parkiecie. Każda niespodziewana sytuacja przeradzała się w problem, bo trzeba było przeplanować grafik. Moja TO DO LIST zdawała się mnożyć każdego dnia, aż wreszcie nie było widać jej końca. Przywykłam. Nie miałam czasu na refleksję. Cały czas próbowałam zapanować nad chaosem, który wdzierał się do mojego życia nie bacząc na terminarz. Aż w końcu poległam. Dosłownie. Chaos odbijał się na moim zdrowiu co najpierw ignorowałam, a przez kolejne kilka miesięcy próbowałam zdiagnozować.

Nadszedł czas refleksji nad moim dotychczasowym życiem, przewartościowaniem go i stworzeniem na nowo. Dostrzegłam, że cały czas żyłam przyszłością, zadaniami do wykonania, pędziłam do przodu odchaczając kolejne punkty na liście. Padałam na twarz a mimo to zmuszałam się żeby zrobić jeszcze tylko to i to i to sądząc, że wtedy właśnie odpocznę. Ale odpoczynek nie przychodził. Ja po prostu nie umiałam odpoczywać. W mojej głowie cały czas kotłowały się myśli co jeszcze nie zostało zrobione.

Choroba zmusiła mnie do zostawienia wszystkiego. Przez dwa tygodnie leżałam w łóżku, przez miesiąc nie włączałam komputera. Poza wizytami u lekarzy nie wychodziłam z domu. Zamknęłam się w swojej bezpiecznej przystani, bo tego potrzebowałam. Potrzebny był mi przede wszystkim czas. Czas na przemyślenia i fizyczną regenerację, które są procesem dość powolnym w stosunku do poprzedniego trybu życia. Wtedy zdałam sobie sprawę, że właściwie jedyne co mamy w życiu to jest właśnie czas. I tylko od nas samych zależy jak go wykorzystamy. Wszystkie rzeczy, którymi się otaczamy są jedynie umilaczami tego czasu lub pozwalają nam go zaoszczędzić (ewentualnie zmarnować).

Wszystko zaczyna się tu i teraz. Każda droga zaczyna się od pierwszego kroku.