Pamięć mięśniowa

Buty do tańca

Mija właśnie rok kiedy przerwałam treningi tańca towarzyskiego. Choroba coraz bardziej dawała mi się we znaki, choć jeszcze nie wiedziałam co mi jest. Byłam coraz słabsza i organizm sam dopraszał się o odpoczynek. Dałam mu więc to o co prosił.

W tym poście, chciałabym podzielić się z Wami niesamowitym doświadczeniem jakie spotkało mnie całkiem niedawno. Zaczęło się od tego, że moja trenerka otworzyła swoją szkołę tańca i zaprosiła nas na pierwszy practise (samodzielny trening, na którym puszczana jest muzyka do wszystkich tańców, służący przećwiczeniu figur poznanych na zajęciach). Pojechaliśmy głównie dlatego, że dawno się nie widzieliśmy, chcieliśmy jej pogratulować i po prostu porozmawiać. Oczywiście na rozmowach się nie zakończyło i zostaliśmy namówieni, aby zatańczyć nasze wyćwiczone przez kilka lat układy.

Stanęliśmy na parkiecie, muzyka gra, jako pierwsza trafiła nam się rumba – mój ulubiony taniec 🙂 W głowie pustka. Nie pamiętamy figur, nie pamiętamy rozliczenia. Pamiętamy tylko ustawienie do rozpoczęcia tańca. I tu doświadczyliśmy czegoś co nazywane jest pamięcią mięśniową – nogi same zaczęły nas prowadzić 🙂 Choć oczywiście nie do rytmu i powoli, ale każdy ruch wyzwalał następny i tym sposobem dotarliśmy do połowy układu.

Później były jeszcze samba, jive, walc angielski i tango. I w każdym z tych tańców udało nam się przypomnieć sobie kroki do około połowy układu – wiadomo, że początek wyćwiczony jest zawsze najlepiej, ale jak na roczną przerwę i około 15 minut na każdy taniec i tak uważam, że całkiem nieźle nam poszło 🙂 Zdarzały się momenty zacięcia. Kiedy brakowało nam jakiegoś kroku, aby pójść dalej (kto tańczy ten wie, że jak nogi się nie zgadzają to nie da się dalej tańczyć 😉 ). Tu z pomocą przychodziła nasza trenerka i w trzy sekundy rozwiązywała problem.

O pamięci mięśniowej oczywiście słyszałam wcześniej nie raz, wierzyłam w jej istnienie, ale doświadczenie tego jest czymś naprawdę niesamowitym. Szczególnie kiedy jest się takim mózgowcem jak ja, który musi wszystkiego się NAUCZYĆ, czyli przeanalizować i zapamiętać. W mózgu oczywiście 😉 Bez tego często blokowałam się w nauce nowych figur. Nie „czułam” dopóki nie zrozumiałam jak i po co mam postawić nogę akurat w taki sposób. Dopiero po analizie ćwiczyłam, powtarzałam i wtedy moje mięśnie miały szansę zapamiętać po swojemu każdy ruch.

Wracając do domu znów poczułam to przyjemne zmęczenie. Endorfiny szalały, a we mnie pojawiło się ukłucie tęsknoty za treningami. I choć nie czuję się jeszcze w pełni gotowa fizycznie ani psychicznie na powrót na parkiet, teraz już wiem, że gdy wrócę to w formie wyłącznie rekreacyjnej. Bez ciśnienia na udziały w turniejach i doskonałość techniczną.

Mówi się, że kiedy zaczniesz tańczyć, to taniec pozostanie w Twoim sercu na zawsze i ja całkowicie się z tym zgadzam. Można mieć kontuzje, robić przerwy, rzucać parkiet, ale co jakiś czas chęć powrotu puka do Twojej głowy i koniec końców zawsze się na niego wraca. Czasem w innej formie, czasem z innym partnerem, ale miłość do tańca pozostaje z nami do końca.

5 kroków do poprawy relacji w małżeństwie

Trudna rozmowa w sypialni

Wracacie zmęczeni z pracy, zlew znów pełen brudnych naczyń, żarówka w przedpokoju spalona od tygodnia, potykasz się o rozrzucone buty, w lodówce pustki a za godzinę niespodziewanie zapowiedzieli się goście. Frustrację hodujemy w sobie każdego dnia, aż czara goryczy przelewa się zwykle w najmniej odpowiednim momencie.

Najtrudniejszym jest dostrzec negatywne zmiany, które zaszły poniekąd samoistnie. Przestajecie zwracać uwagę na te niepozmywane naczynia czy spaloną żarówkę. To „znieczulenie” rozszerza się na kolejne aspekty Waszego życia i dopóki nie wydarzy się coś, po czym się ockniecie, nic się nie zmieni. Uświadomienie sobie, że codzienne obowiązki Was przytłoczyły i żyjecie na autopilocie jest momentem przełomowym – ziarenkiem, od którego zaczyna się praca nad nawykami, które nieświadomie wprowadziliście do swojego życia.

Wróćmy przez chwilę do początku znajomości, kiedy para się poznaje. Skupiacie wtedy uwagę wyłącznie na drugiej osobie, uczycie się jej, obserwujecie. Jesteście wobec siebie uważni. Kolejną falę ekscytacji dostarczają Wam zaręczyny i przygotowania do ślubu. Z biegiem lat wkrada się jednak do Waszego życia codzienność i o tym jak sobie z nią radzić pisałam w pierwszym poście z tego cyklu – „Małżeństwo jest fajne”. Co zrobić, kiedy jednak się zapętlicie?

Ustalcie problem

Któreś z Was poczuło impuls, że Wasze życie nie może dłużej tak wyglądać. Powiedz o tym partnerowi, bo każde z Was powinno zastanowić się czego oczekuje od drugiej osoby. Kiedy będziecie gotowi zakomunikujcie sobie te oczekiwania wprost:
„Chciałabym, abyś odkładał brudne naczynia do zlewu, ponieważ potrzebuję większego ładu w mieszkaniu”,
„Chciałbym, abyśmy robili listę zakupów, żeby nie tracić czasu na chodzenie po sklepie”.
Ważne jest, aby każde z tych oczekiwań było poparte jakąś Waszą wewnętrzną potrzebą, a nie tylko „bo tak”.

Odpowiedzcie sobie na pytanie „Dlaczego?”

Dlaczego nadal jesteśmy razem, skoro jest nam źle i działamy sobie na nerwy? Gdzie są Ci ludzie, którzy tak bardzo za sobą szaleli? Gdzie ich zgubiliśmy?

To samo dobrze byłoby zrobić do każdego z oczekiwań:
„Dlaczego stało się tak, że przestałeś odkładać naczynia?”,
„Dlaczego nie robimy listy zakupów, dzięki której zaoszczędzimy czas?„

I jak pewnie się domyślacie nie liczy się tutaj odpowiedź „Nie wiem.”. Ale „Bo Ty i tak zawsze po mnie posprzątasz” już jak najbardziej, wtedy masz sygnał, że sama jesteś sobie winna – zamiast zakomunikować, że Ci to nie odpowiada – robiłaś coś za niego. Kiedy już wiecie co i dlaczego możecie zacząć pracę nad zmianą nawyków.

Wprowadźcie do swojego życia codzienną pielęgnację relacji

Zaparzcie swoją ulubioną herbatę i wypijcie ją wspólnie w spokoju na balkonie czy w ogrodzie. Dajcie sobie pół godziny uwagi skierowanej wyłącznie na małżonka. Wysłuchajcie się nawzajem, ale nie rozmawiajcie o tym, że trzeba zmienić opony w samochodzie czy zapisać dzieci do przedszkola. Powiedzcie sobie nawzajem o uczuciach jakie w Was się pojawiają. Co lubicie, a co Wam nie odpowiada, ale bez pretensji czy żalu. Takie małe codzienne czynności bardzo pomagają w utrzymaniu zdrowej relacji.

Umówcie się na randkę

Tak, dobrze widzisz. Znam kilka małżeństw, które po latach umawiają się na randki i bardzo im to służy. My jeszcze nie doszliśmy do tego etapu 😉

Wyjedźcie gdzieś tylko we dwoje

Na weekend, albo cały tydzień w zależności od Waszych możliwości. Możecie też czasem odstawić dzieci do dziadków, zamknąć się w domu i przez cały weekend robić to o czym pisałam w poście „5 sposobów na małżeńskie popołudnie” 🙂

Nie jestem ekspertem w dziedzinie relacji. Post powstał na bazie doświadczeń jakich doznało moje małżeństwo w zeszłym roku podczas mojej choroby, kiedy wszystko wywróciło się do góry nogami. Do dziś jeszcze nie udało nam się do końca odbudować tego co zostało uszkodzone, jesteśmy na punkcie trzecim, choć i to nie zawsze nam wychodzi. Ale najważniejsza jest świadomość tego nad czym należy pracować i chęci, reszta przyjdzie z czasem 🙂

To już ostatni mój post z cyklu „Małżeństwo jest…”, ale pamiętajcie, że akcja trwa aż do 14 lutego i na innych blogach znajdziecie jeszcze mnóstwo informacji i inspiracji na temat małżeństwa 🙂

Małżeństwo jest ważne

Kobieta szepcząca do ucha mężczyźnie

Kiedy dopadła mnie choroba, której nikt nie potrafił zdiagnozować popadłam w depresję. Cały ten czas, który odchodziliśmy od zmysłów co mi jest był sprawdzianem dla naszego małżeństwa. Gdyby nie mój Mąż nie wiem czy udałoby mi się pozbierać z tego wszystkiego.

Godziny spędzone na korytarzach kolejnych przychodni. Miesiące poszukiwań przyczyn choroby, a w końcu diagnoza i decyzja o zmianie trybu życia o 180 stopni. I choć to JA zachorowałam i JA przeprowadziłam rewolucję zmieniając SWOJE życie zawodowe, to jednak w małżeństwie nie ma JA. Patrząc z boku, ktoś mógłby powiedzieć, że przecież w życiu mojego Męża nic się nie zmieniło. Nadal mieszka i pracuje w tym samym miejscu. Nadal jestem obok niego. Niby tak, ale…

W związku z tym, że życie zmusiło mnie do zmiany nawyków żywieniowych, On też je zmienił choć właściwie nie musiał. Jednak dostrzegł, że zdrowe jedzenie wcale nie musi być niedobre, albo bez smaku przyjął tę zmianę także w swoim życiu, co wyszło na dobre i jego zdrowiu.

W czasie terapii doszłam do wniosku, że potrzebuję zmienić także swoją pracę, bo nie zawsze organizm pozwala mi na swobodę działania. Odrodził się wówczas pomysł realizacji moich planów, które powstały w czasie, kiedy nie miałam jeszcze stałej pracy. I o ile bylibyśmy zdolni utrzymać się tylko z dochodów mojego Męża, tak własna działalność to już dodatkowe koszty, bo wiadomo, że firma na początku na siebie nie zarabia. I tu znów WSPÓLNE dyskusje, kalkulacje i w końcu decyzja, że przez najbliższy czas damy radę, a potem będziemy weryfikować założenia i zastanawiać się co dalej.

Aby pozbierać się z tego co się zadziało potrzebowałam psychoterapii. I tu można by powiedzieć, że to przecież moje problemy, więc muszę rozwiązać je sama – owszem, ale kiedy osoba, z którą mieszkasz przez kilka miesięcy chodzi smutna, zła, bez przerwy śpi, albo nie może spać to wpływa także na Waszą relację. Przez pół roku praktycznie wycofałam się z angażowania się w relacje. Jakiekolwiek. Zamknęłam się w swojej skorupce, lizałam rany, zdrowiałam, dbałam o siebie i organizowałam swoje życie na nowo. A On mi przez cały ten czas towarzyszył. Był przy mnie. Tak po prostu.

Rozumiecie już dlaczego małżeństwo jest dla mnie ważne? Bo gdyby nie mój Mąż to nie wiem jak wyglądałaby moja ścieżka diagnostyczna i czy w ogóle udałoby się lekarzom mnie zdiagnozować. Gdyby nie On pewnie nadal siedziałabym zamknięta w swojej skorupce, bo wsparcie w psychoterapii jest ogromnie ważne i to oczywiste, że On, będąc przy mnie na co dzień dał mi go najwięcej. I wreszcie gdyby nie mój Mąż pewnie nie odważyłabym się na zmianę ścieżki zawodowej i spełnienie swoich marzeń.

Dziękuję Ci Mężu. Kocham Cię i jestem pewna, że nic nie jest w stanie zniszczyć naszego małżeństwa.

5 rzeczy, których nauczyła mnie praca w korporacji

wieżowce

Istnieje ogólne przekonanie, że korporacja wysysa. Wciąga, przeżuwa i wypluwa. Wyciąga z Ciebie to co najlepsze. Po części to prawda, bo nie jest to lekka praca, ale wszystko zależy od tego jak na to spojrzysz. Poniżej znajdziesz pięć rzeczy, których nauczyła mnie praca w korporacji.

Klient jest najważniejszy

Koniec kropka. Zero dyskusji.

Globalne spojrzenie

Kiedy zaczęłam pracę w księgowości, widziałam tylko swój zakres obowiązków i choć mniej więcej miałam zarys tego, jaki wpływ ma moja praca na funkcjonowanie innych osób, nie miałam pojęcia, że ma także ogromny wpływ na funkcjonowanie całej organizacji. Dopiero kiedy przeszłam na stanowisko analityka uderzyło we mnie, ile rzeczy zależy od jednej nie wykonanej czynności. Dotarło do mnie, że KAŻDY pracownik jest ważny. Gdyby tak nie było, płacili by komuś pensję tylko za to, że przychodzi do biura (choć i takie przypadki pewnie się zdarzają – wyjątki od reguły).

Szacunek do pracy innych osób

Powiązane z punktem wyżej. Wiem, że oboje jesteśmy tu po coś i choć mogę kompletnie nie rozumieć co robisz to wiem, że jest to ważne dla całej organizacji. Kiedy prosisz mnie o coś, zrobię to w najbliższym możliwym czasie, ale tego samego oczekuję od Ciebie.

Takt

Z natury jestem osobą, która nie owija w bawełnę, tylko wali prosto z mostu. W relacjach między pracownikami nie zawsze się to opłaca, bo jest wysoce prawdopodobne, że będziesz musiał/musiała jeszcze z tym człowiekiem kiedyś współpracować. Takt jest szczególnie ważny w sytuacjach konfliktowych, kiedy należy zachować zimną krew i nie dać ponieść się emocjom. Mniej więcej po roku pracy nauczyłam się patrzeć na sprawę z punktu widzenia obserwatora. Z czasem zaczęłam nawet stawiać się na pozycji mojego rozmówcy i wierz mi, że nic bardziej nie ułatwia rozwiązywania sporów. Zaczynasz mówić językiem rozmówcy i on wtedy też inaczej podchodzi do sprawy.

Odwaga

Wiadomo, że na początku kariery każdy jest nieopierzonym kurczakiem, który siedzi cicho w kącie i robi swoje. Robi swoje, ale też obserwuje otoczenie i z czasem już mniej więcej wie z kim jak rozmawiać. Ale odwaga pojawiła się u mnie dopiero kiedy zaczęłam zdawać raporty. I w tym momencie mój drogi Czytelniku uświadomię Cię, że praca analityka to nie jest wyłącznie tworzenie tabelek i wykresów. Musisz jeszcze umieć te wszystkie dane wytłumaczyć. Powiem więcej, musisz umieć przekazać je tak, żeby odbiorca je zrozumiał. Z tym zrozumieniem niestety bywa różnie, bo każdy jest inny i czasem te same informacje należy przedstawić w kilku różnych formach. Odwaga przydaje się kiedy wszelkie znane Ci metody zawodzą, dochodzisz do ściany i nie masz pojęcia jak mówić, żeby zrozumieli to co chcesz przekazać – wtedy należy powiedzieć WPROST. I tu wychodziła ze mnie moja prawdziwa natura, bo wraz z doświadczeniem przestałam tracić czas na frazesy, waliłam prosto z mostu, że „jak tego nie poprawimy to tamto się wysypie”. I już.

Na koniec jedyny żart o analitykach jaki udało mi się znaleźć w czasie trwania mojej analitycznej kariery.

Siedzą dwaj analitycy, jeden z nich łapie się za głowę i mówi:
– Nic z tego nie rozumiem…
– Pokaż, ja Ci to zaraz wytłumaczę.
– Wytłumaczyć to ja też potrafię!

I tym optymistycznym akcentem kończę ten dość osobisty jednak wpis 🙂 Mam nadzieję, że teraz trochę inaczej spojrzysz na swoją pracę i znajdziesz w niej swoje pozytywy. Kiedy już się tak stanie (albo i nie) podziel się swoimi przemyśleniami w komentarzu. Jestem bardzo ciekawa doświadczeń innych osób 🙂 Trzymaj się ciepło!

Postanowienia noworoczne 2018

Okno w sypialni

Moje postanowienia noworoczne w tym roku wyglądają nieco inaczej niż dotychczas. Długi czas nie miałam nawet planu na ten rok, dopiero okres świątecznego rozluźnienia przyniósł mi jasność co do najbliższej przyszłości. Część z nich są postanowieniami dotyczącymi mojego biznesu, który wreszcie ujrzał światło dzienne i nie będę tutaj teraz o tym pisać, zajmę się wyłącznie celami sfery osobistej 🙂

Wyjechać na kilka dni w nowe miejsce

Potrzebuję zmiany otoczenia. Choćby na chwilę. Jeszcze nie wiem gdzie ani kiedy, ale po prostu tego potrzebuję. Może góry? Wiecie, że nigdy nie byłam w górach? Serio, zawsze tylko morze i morze. Może dlatego, że nie jestem fanatyczką długich spacerów. Zwiedzać – tak, jak najbardziej – muzea, miasta, miasteczka choć ostatnio i z tym się opuściliśmy, bo odkąd zaczęliśmy z mężem trenować taniec towarzyski nasze wyjazdy to był albo obóz taneczny, albo leżenie do góry brzuchem w hotelu, żeby dać mięśniom się zregenerować.

Organizować sobie wolne wieczory i weekendy

Jedna z moich największych bolączek. Bo jeszcze to jest do zrobienia i to. I znów zapędzam się w „robienie”. Jak nie praca to dom, a to trzeba coś załatwić i dzień przelatuje. Zatem w 2018 roku stawiam sobie za cel – ODPOCZYWAĆ! Złapać wreszcie work-life balance. (Powiem Wam w sekrecie, że nawet zaczyna mi się udawać nie mieć wyrzutów sumienia, że po 17 nic nie robię 😉 )

Przeczytać 29 książek

Ciekawa jestem czy mi się to uda. Postawiłam sobie za cel, dlatego, że z biegiem czasu i „zagonienia” zapominam jak bardzo lubię czytać. Wychodzą niecałe dwa tygodnie na jedną książkę więc trzeba się mocno mobilizować 😉 Część z nich będzie książkami, które zaczęłam czytać w 2017 roku ale z jakiegoś powodu nie skończyłam (jest ich chyba 10!) A z pozostałymi raczej nie będzie problemu pt. „co by tu przeczytać”, bo mam ogrom pozycji, które leżą od lat i czekają na mój wolny czas.

Chodzić spać o 23

Kolejna rzecz do wyćwiczenia. Często, mimo że jestem zmęczona nie kładę się spać i właściwie nie wiem dlaczego… Nie potrafię tego racjonalnie wyjaśnić. Może dlatego, że ciągle jeszcze kotłują mi się w głowie myśli o strategii mojego biznesu?

Spędzać nie więcej niż 1h dziennie w mediach społecznościowych (nie licząc publikacji treści)

Nie przeglądać Facebooka ani Instagrama przy śniadaniu, nie wchodzić na nie w każdej wolnej chwili, żyć tu i teraz. DOŚWIADCZAĆ. Wrócić do tego, nad czym bardzo mocno pracowałam przez całe zeszłe lato, kiedy wprowadziłam w swoje życie filozofię slow life i było mi z tym bardzo dobrze. Nie chcę tej pracy zaprzepaścić, a widzę, że zima nie sprzyja temu postanowieniu (choć może to tylko wymówka? Wszedł mi po prostu zły nawyk do życia i muszę go wykopać).

Próbować więcej nowych potraw

To postanowienie pojawia się w moim życiu od czasu do czasu. Chyba wtedy kiedy dopada mnie rutyna i potrzebuję powiewu świeżości. W tym roku postanowiłam zająć się tym na poważnie i stworzyłam na Facebooku grupę 52 nowe wyzwania na moim stole – WYZWANIE 2018, w której zobowiązałam się wrzucać co tydzień przepis na to czego nowego spróbowałam. Jest to ogromna motywacja dla mnie, ale również i dla pozostałych uczestników żeby spróbować nowych smaków i dzielić się swoimi doświadczeniami z innymi. Jeśli podoba Ci się ten pomysł, zapraszam Cię serdecznie do tej grupy, im nas więcej tym lepiej! Możesz dołączyć klikając link 🙂

Podsumowując, chcę przestać się „poświęcać” pracy, domowi i wszystkiemu wokół, bo jest jeszcze tyle do zrobienia. Jest i będzie. Chcę nauczyć się słuchać siebie, dbać o siebie zarówno w sferze psychicznej jak i fizycznej, bo to jest kluczem do dobrego samopoczucia a co za tym idzie lepszych efektów w działaniu, także zawodowym 🙂

A jakie są Twoje postanowienia? Robisz listę, czy odpuszczasz, bo to nie ma sensu? A może pracujesz nad sobą cały czas i Nowy Rok nie ma u Ciebie nic do rzeczy? Daj znać w komentarzu, a tymczasem ja uciekam spełniać moje postanowienia 🙂

Podsumowanie roku 2017

Zimne ognie

Rok 2017 niedawno dobiegł końca, czas więc na podsumowanie. Był to dla mnie rok szczególny, który wywrócił moje życie do góry nogami. Jak pisałam we wcześniejszym wpisie przez pierwsze 4 miesiące zeszłego roku miałam zaplanowaną niemal każdą sekundę życia. Aż nadszedł maj…

W maju właśnie rozsypałam się kompletnie. Ból, którego źródła szukałam od stycznia osiągnął swoje apogeum. Wówczas zdiagnozowano u mnie torbiel jajnika, choć jak się później okazało to nie ona była jego bezpośrednią przyczyną.

Rozpoczęło się leczenie. Terapia hormonalna, wizja operacji, depresja. W połowie czerwca poczułam się na tyle dobrze, że razem z lekarzami zdecydowaliśmy o moim powrocie do pracy. Przez większość czasu pracowałam zdalnie z domu, w swoim tempie, ale ponieważ należę do osób dających z siebie 150% mój stan znów zaczął się pogarszać. Zrobiłam sobie retrospekcję tego co działo się od momentu kiedy pamiętałam, że wszystko było w porządku. Okazało się, że zakres moich obowiązków bardzo mocno wyewoluował w tym czasie. Zaczęłam zajmować się rzeczami, które wymagały ode mnie ogromu energii. Po 8 godzinach takiej pracy byłam dosłownie wypruta. Nie miałam na nic ani siły ani ochoty. Właściwie każde popołudnie kończyło się tym, że po obiedzie zrobionym „na szybko”, zwykle przez męża, który wracał do domu wcześniej, zasypiałam na kanapie, budziłam się po dwóch godzinach, jadłam kolację, brałam prysznic i szłam z powrotem spać.

Po akcji z powrotem do pracy przyszła refleksja, że potrzebuję jeszcze bardziej dostosować pracę do mojego wewnętrznego rytmu. Poranki to było minimum godzina pobudki (pół godziny drzemek i pół godziny leżącego rozruchu ze względu na niskie ciśnienie). Dieta wymaga ode mnie od trzech do czterech godzin dziennie na przygotowanie i spożycie posiłków. Jem oczywiście co 3 godziny. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze dostosowanie się z wszelkimi planami do grafiku dyżurowego mojego męża.

Wtedy zdecydowałam, że skoro tak, to ja potrzebuję pracować z domu na stałe. I w końcu z otchłani mojego umysłu wyszedł pomysł na biznes jakim jest pracownia krawiecka. Pomysł, który w sercu siedział mi już od trzech lat, kiedy porzuciłam marzenia o pracy chemika i przeprowadziliśmy się z powrotem do rodzinnego miasta. Pomysł, który i tak chciałam realizować „po godzinach”, ale zaczynałam rozumieć, że nie da się budować czegoś angażując się na pół gwizdka. Przynajmniej ja tak nie potrafię, tzn. wychodzę z założenia jak nie masz zamiaru robić czegoś na 100% to się za to nie bierz.

Nastał wrzesień kiedy postawiono diagnozę wyjaśniającą moje złe samopoczucie – endometrioza. I choć jest to choroba, z którą można w miarę normalnie funkcjonować to ta informacja przypieczętowała słuszność mojej decyzji, że nie wracam do korporacji. Pewnie kiedyś napiszę więcej na temat tej choroby, ale muszę dojrzeć do tego, aby się tym z Wami podzielić.

I tak krok po kroku zaczynałam tworzyć swoje życie na nowo. Dokładnie takim jakie chcę żeby było. Owocem tych wszystkich wydarzeń jest również ten blog i choć grudzień dał mi popalić na tyle, że przez miesiąc nie napisałam ani słowa, to dziś poczułam jak bardzo tego potrzebuję. Chcę dzielić się z Wami swoimi doświadczeniami w wielu obszarach mojego życia i uwielbiam odpowiadać na Wasze komentarze, których mam nadzieję będzie coraz więcej.

Pozdrawiam Noworocznie, życzę Wam przede wszystkim zdrowia, a także spełnienia wszelkich planów i marzeń.