Zimne ognie

Rok 2017 niedawno dobiegł końca, czas więc na podsumowanie. Był to dla mnie rok szczególny, który wywrócił moje życie do góry nogami. Jak pisałam we wcześniejszym wpisie przez pierwsze 4 miesiące zeszłego roku miałam zaplanowaną niemal każdą sekundę życia. Aż nadszedł maj…

W maju właśnie rozsypałam się kompletnie. Ból, którego źródła szukałam od stycznia osiągnął swoje apogeum. Wówczas zdiagnozowano u mnie torbiel jajnika, choć jak się później okazało to nie ona była jego bezpośrednią przyczyną.

Rozpoczęło się leczenie. Terapia hormonalna, wizja operacji, depresja. W połowie czerwca poczułam się na tyle dobrze, że razem z lekarzami zdecydowaliśmy o moim powrocie do pracy. Przez większość czasu pracowałam zdalnie z domu, w swoim tempie, ale ponieważ należę do osób dających z siebie 150% mój stan znów zaczął się pogarszać. Zrobiłam sobie retrospekcję tego co działo się od momentu kiedy pamiętałam, że wszystko było w porządku. Okazało się, że zakres moich obowiązków bardzo mocno wyewoluował w tym czasie. Zaczęłam zajmować się rzeczami, które wymagały ode mnie ogromu energii. Po 8 godzinach takiej pracy byłam dosłownie wypruta. Nie miałam na nic ani siły ani ochoty. Właściwie każde popołudnie kończyło się tym, że po obiedzie zrobionym „na szybko”, zwykle przez męża, który wracał do domu wcześniej, zasypiałam na kanapie, budziłam się po dwóch godzinach, jadłam kolację, brałam prysznic i szłam z powrotem spać.

Po akcji z powrotem do pracy przyszła refleksja, że potrzebuję jeszcze bardziej dostosować pracę do mojego wewnętrznego rytmu. Poranki to było minimum godzina pobudki (pół godziny drzemek i pół godziny leżącego rozruchu ze względu na niskie ciśnienie). Dieta wymaga ode mnie od trzech do czterech godzin dziennie na przygotowanie i spożycie posiłków. Jem oczywiście co 3 godziny. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze dostosowanie się z wszelkimi planami do grafiku dyżurowego mojego męża.

Wtedy zdecydowałam, że skoro tak, to ja potrzebuję pracować z domu na stałe. I w końcu z otchłani mojego umysłu wyszedł pomysł na biznes jakim jest pracownia krawiecka. Pomysł, który w sercu siedział mi już od trzech lat, kiedy porzuciłam marzenia o pracy chemika i przeprowadziliśmy się z powrotem do rodzinnego miasta. Pomysł, który i tak chciałam realizować „po godzinach”, ale zaczynałam rozumieć, że nie da się budować czegoś angażując się na pół gwizdka. Przynajmniej ja tak nie potrafię, tzn. wychodzę z założenia jak nie masz zamiaru robić czegoś na 100% to się za to nie bierz.

Nastał wrzesień kiedy postawiono diagnozę wyjaśniającą moje złe samopoczucie – endometrioza. I choć jest to choroba, z którą można w miarę normalnie funkcjonować to ta informacja przypieczętowała słuszność mojej decyzji, że nie wracam do korporacji. Pewnie kiedyś napiszę więcej na temat tej choroby, ale muszę dojrzeć do tego, aby się tym z Wami podzielić.

I tak krok po kroku zaczynałam tworzyć swoje życie na nowo. Dokładnie takim jakie chcę żeby było. Owocem tych wszystkich wydarzeń jest również ten blog i choć grudzień dał mi popalić na tyle, że przez miesiąc nie napisałam ani słowa, to dziś poczułam jak bardzo tego potrzebuję. Chcę dzielić się z Wami swoimi doświadczeniami w wielu obszarach mojego życia i uwielbiam odpowiadać na Wasze komentarze, których mam nadzieję będzie coraz więcej.

Pozdrawiam Noworocznie, życzę Wam przede wszystkim zdrowia, a także spełnienia wszelkich planów i marzeń.