Zakręt na górskiej drodze.

Gdyby jeszcze rok temu ktoś mi powiedział, że będę wdrażać w moje życie filozofię slow uznałabym go za przybysza z kosmosu, któremu coś się poprzestawiało w głowie. Mój kalendarz był wypełniony po brzegi – praca, treningi, szkoła, dom. Ciągły rozwój, bez przerwy nowe cele zarówno w pracy jak i na parkiecie. Każda niespodziewana sytuacja przeradzała się w problem, bo trzeba było przeplanować grafik. Moja TO DO LIST zdawała się mnożyć każdego dnia, aż wreszcie nie było widać jej końca. Przywykłam. Nie miałam czasu na refleksję. Cały czas próbowałam zapanować nad chaosem, który wdzierał się do mojego życia nie bacząc na terminarz. Aż w końcu poległam. Dosłownie. Chaos odbijał się na moim zdrowiu co najpierw ignorowałam, a przez kolejne kilka miesięcy próbowałam zdiagnozować.

Nadszedł czas refleksji nad moim dotychczasowym życiem, przewartościowaniem go i stworzeniem na nowo. Dostrzegłam, że cały czas żyłam przyszłością, zadaniami do wykonania, pędziłam do przodu odchaczając kolejne punkty na liście. Padałam na twarz a mimo to zmuszałam się żeby zrobić jeszcze tylko to i to i to sądząc, że wtedy właśnie odpocznę. Ale odpoczynek nie przychodził. Ja po prostu nie umiałam odpoczywać. W mojej głowie cały czas kotłowały się myśli co jeszcze nie zostało zrobione.

Choroba zmusiła mnie do zostawienia wszystkiego. Przez dwa tygodnie leżałam w łóżku, przez miesiąc nie włączałam komputera. Poza wizytami u lekarzy nie wychodziłam z domu. Zamknęłam się w swojej bezpiecznej przystani, bo tego potrzebowałam. Potrzebny był mi przede wszystkim czas. Czas na przemyślenia i fizyczną regenerację, które są procesem dość powolnym w stosunku do poprzedniego trybu życia. Wtedy zdałam sobie sprawę, że właściwie jedyne co mamy w życiu to jest właśnie czas. I tylko od nas samych zależy jak go wykorzystamy. Wszystkie rzeczy, którymi się otaczamy są jedynie umilaczami tego czasu lub pozwalają nam go zaoszczędzić (ewentualnie zmarnować).

Wszystko zaczyna się tu i teraz. Każda droga zaczyna się od pierwszego kroku.